Komentator Redakcja
Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia . Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności .

-HISTORIA-
Niebezpieczna tajemnica stawu w podwrocławskich Jelczu-Laskowicach









/26.02.2021/ Staw Jelcz-Laskowice to bardzo znane miejsce. To tutaj przybywają ci , którzy chcą skorzystać z dobrej pogody i atrakcji nad wodą. Do Jelcza-Laskowic oprócz miejscowych przyjeżdża wielu mieszkańców okolicznych miejscowości, ale też nie brakuje przyjezdnych z Wrocławia i Oławy. W sezonie często przebywa wielu ludzi na plaży i w wodzie. Jednocześnie to miejsce, nie jest związane tylko w rekreacją i sielskim wypoczynkiem nad wodą.
Historia jelczańskiego „pierwszego” stawu sięga czasów drugiej wojny światowej i jest związana z budową byłych zakładów Kruppa i pracą robotników przymusowych i więźniów obozu pracy KL Fünfteichen.
Zakłady Friedrich Krupp-Bertha Werke w dawnym Jeltschu, a dziś Jelczu-Laskowicach zostały nazwane od imienia matki rodu potentatów rodziny Krupp. Nowo budowana fabryka należała do najnowocześniejszych zakładów, które produkowały w ówczesnej Rzeszy amunicję. Zaczęła powstawać już wiosną 1942 roku. Istnieją też źródła, które podają, że tak naprawdę prace budowlane rozpoczęły się na początku 1943 roku. Krupp-Bertha Werke zatrudniały dwanaście tysięcy pracowników, ale prawie połowę załogi stanowili więźniowie obozu pracy Fünfteichen (Arbeits Lager, AL). Ten obóz ten był największą z filii KL Gross-Rossen. Został utworzony w październiku 1943 roku w Miłoszycach, które wówczas nosiły nazwę Fünfteichen. Więźniowie byli zatrudniani zarówno w samych zakładach Kruppa, jak i w przedsiębiorstwach biorących udział w ich rozbudowie. Niewolnicy III Rzeszy swoją pracę zaczynali każdego dnia o godzinie wpół do piątej, a jako zapłatę otrzymywali jedynie miskę zupy koło południa. Nie jedli śniadań ani kolacji.
reklama






















Bardzo często obdarci i bez należytego obuwia byli zmuszani przez okrutnych niemieckich wachmanów do niewolniczej pracy po dwanaście godzin dziennie. Część więźniów zarówno z tego miejsca, jak i jeszcze innych położonych w okolicy, wydobywała piach na budowę powstającej tutaj fabryki. Była to żwirownia wykonana rękami niewolniczej siły roboczej. Do wywożenia urobku wybudowano nawet linię kolejową, której ślady nawet do dziś można zobaczyć w pobliskim lasku. Tamtędy piasek wydobywany przez więźniów trafiał na wagoniki, a potem był transportowany do miejsca powstawania nowych hal fabrycznych i posłużył do podnoszenia terenu pod ich budowę. Potrzebne były gigantyczne ilości piasku, ponieważ część obszaru, na którym stawiano najnowocześniejszą fabrykę produkującą haubice w Trzeciej Rzeszy, - stanowiły bagna, a  teren był podmokły. Należało zatem wysypać w tym miejscu miliony ton piasku. Niewiadomo dokładnie, kiedy woda zalała żwirownię, ale już pod koniec 1944 tutaj była. Wykopalisko było bardzo głębokie, najprawdopodobniej  trafiono na jedną z licznych tutaj żył wodnych. Niepotwierdzone pogłoski o zatopionych wagonikach służących do wywozu z urobiska piasku i torowiskach krążą do dziś. Nie tylko obecny staw, nosi ślady świadczące o przeszłości. Bunkry i schrony, można z łatwością odnaleźć nawet jeszcze dziś, w okolicy Jelcza-Laskowic i Miłoszyc. A wcześniej było ich tutaj naprawdę wiele, lecz po wojnie w większości je zlikwidowano. Teren był bardzo silnie umocniony i całkiem nieźle przygotowany do obrony. Jednak nie było żadnych krwawych walk o nowoczesną fabrykę zbrojeniową. Co dziwne, ta w całkiem dobrym stanie trafiła w ręce Sowietów. Komendant Twierdzy Wrocław, któremu podlegała obrona tego obszaru, wydał niemieckiej załodze rozkaz  ewakuacji. Były tu zgromadzone ogromne ilości amunicji, zwłaszcza w postaci pocisków artyleryjskich. Było ich tu tysiące, ułożone w kilkuset skrzyniach. Ze względu na zbliżający się do ówczesnego "Jeltscha" front, nie było możliwości, aby szybko stąd wywieźć tak wielki arsenał. Ze względu na wielką ilość pocisków, neutralizacja, w postaci  wysadzenia, nie wchodziła w rachubę. Generał major Johannes Krause, ówczesny komendant Festung Breslau, wydał rozkaz, aby te pociski zatopić w żwirowiskach, które przeistoczyły się w akweny wodne. Ta decyzja miała spowodować, że ogromne ilości amunicji nie wpadną w ręce Sowietów. Stawy „oczyszczano” z niebezpiecznych pamiątek po wojnie, ale chyba niezbyt dokładnie. Taka sytuacja miała miejsce w latach 80 te XX wieku: Na plaży grupa dzieci z miejscowej szkoły podstawowej pod opieką nauczycieli. W tym samym czasie saperzy wydobyte przez nurków ze stawu skrzynki  pełne pocisków, noszą do wojskowych pojazdów. Jednak nie wszystkie pociski zostały wyłowione i potem wywiezione... Miejscowi twierdzą, że kiedy ktoś głębiej zanurkuje, zwłaszcza przy jednym z brzegów, może natknąć się na niebezpieczne „pamiątki” po II wojnie światowej.
reklama
reklama

Drogi Czytelniku/Czytelniczko Komentator Europa-Niemcy-Polska nie gromadzi, ani nie przetwarza w celach marketingowych, ani innych Państwa danych. Strona zamieszcza reklamy zewnętrznych partnerów, a na ich politykę nie mamy żadnego wpływu. Zamieszczane są również linki zewnętrze, na które nie mamy wpływu. Swoją decyzję zawsze mozesz zmienić. Wystarczy namieść odpowiednie zmiany w ustawieniach. Tu o naszej polityce prywatności. Jeśli się z tym nie zgadzasz  napisz bezpośrednio do naszych partnerów, lub zrezygnuj z korzystania ze strony. Jeśli się zgadzasz, pozostań naszym Czytelnikiem.